
Las, który miał stać się schronieniem, zamienił się w wyrok. Sosny stały ciasno jak strażnicy, ich ciemne pnie mokre od nocnej wilgoci przypominały kolumny świątyni, w której nikt nie modli się o cud — tylko o przetrwanie. Ziemia uginała się pod stopami Nany, jakby chciała ją pochłonąć, zanim zrobi to człowiek. Zimny wiatr wciskał się pod płaszcz, palił skórę i odbierał siły, a każdy krok był walką z ciałem, które powoli odmawiało posłuszeństwa.

Nana nie szła — była ciągnięta. Nedim szarpał ją brutalnie, nie pozwalając, by ruch stał się jej własnym. Związane za plecami ręce pulsowały bólem, a każdy jego rozkaz był kolejnym upokorzeniem. Gdy w końcu upadła na kolana, wyczerpana i zziębnięta, spojrzał na nią z pogardą, jak na rzecz, która przestaje być użyteczna. Nana jednak nie błagała. Prosiła z uporem, z godnością, której on nie potrafił znieść.
Gdy wspomniała imię Yamana, las jakby zamarł. Nedim roześmiał się, spokojny i okrutny, i oznajmił, że Yaman nie żyje. Chwilę później pokazał jej nagranie — urywek, który miał być dowodem śmierci. Obraz uderzył jak pięść w pierś, odebrał oddech, ale nie zabił nadziei. Coś w niej wiedziało, że to teatr. Zbyt czysty, zbyt wygodny dla człowieka, który kocha manipulację.
Kiedy Nedim odszedł po drewno, Nana została sama na polanie — związana, zmarznięta, ale z myślą, która pulsowała jak serce: to kłamstwo. Zobaczyła kamień. Ciężki, zimny, prawdziwy. Nie było planu, był instynkt. Gdy Nedim wrócił, uderzyła. Jednym ruchem, w którym zmieścił się strach, gniew i miłość. To wystarczyło, by uciec, by biec na oślep przez las, który nie był sprzymierzeńcem, lecz labiryntem.

Dopadł ją szybko. Rzucił na ziemię, dłonie zacisnęły się na jej szyi, a świat zwęził się do braku powietrza. I wtedy wszystko pękło. Uderzenie przyszło z boku — gwałtowne, bezlitosne. Nedim odleciał, a Nana zaczerpnęła powietrza jak ktoś wracający z dna. Podniosła wzrok i zobaczyła Yamana. Brudnego, rannego, wściekłego. Żywego.
Starcie było brutalne i krótkie. Nedim walczył desperacko, Yaman był silniejszy. Nawet gdy ostrze przecięło mu skórę, nie cofnął się. Walczył dla niej, dla Yusufa, dla wszystkiego, co Nedim chciał zniszczyć. Gdy nóż wypadł w liście, a przeciwnik osunął się w błoto, zapadła cisza przerywana ciężkim oddechem.
Gniew z twarzy Yamana zniknął, gdy spojrzał na Nanę. Została troska. Dotknęła jego twarzy, jakby sprawdzała, czy to nie sen. Płakała, a jej łzy mieszały się z krwią i błotem. On objął ją mimo bólu i obiecał, że nie odejdzie. Nawet jeśli świat się rozpadnie, on zostanie.

Nedim podniósł się jeszcze raz, spojrzał na nich i uciekł w ciemność. Las przyjął go bez słowa. Nana patrzyła długo, aż Yaman wyszeptał, że teraz najważniejsi są oni. I Yusuf. To imię zabrzmiało jak światło.
Las przestał być wyrokiem. Stał się świadkiem powrotu z samego środka nocy. Bo Yaman wrócił. Nana przetrwała. A gdy dwoje ludzi odnajduje się w ciemności — nawet las musi ustąpić im drogi.